sobota, 5 września 2009

O, tempora, o, mores. O, k...


















"Włatcy Móch" mają dla mnie - jako serial - tę zadziwiającą właściwość, że nawet gdy wyklikam ich sobie pilotem na jakimś kanale, to zawsze trafiam na chwilę przed końcem odcinka. A może te odcinki są takie jakieś, jakby ich nie było?


Nie dowiem się tego pewnie nigdy, bo też nigdy do produkcji tej nie zapałałem uczuciem gorejącym. Podrażniły mnie skrzeczące dźwięki wydawane przez tamtejsze postaci, pomieszane z nieporadnie modulowanymi na tenor damskimi głosami. Jednak, gdy na hipermarketowej półce dostrzegłem butelkę "Włatcy Móch Cola Ordżinal" - wiedziałem, że nie darowałbym sobie braku recenzji takiego dziwa.

Nasycenie gazem 

Ta refleksja z początku tekstu naszła mnie już w pierwszych chwilach po przystąpieniu do degustacji: są a jakby ich nie było. Takoż z nagazowaniem i miłym dla oczu nabąbelkowaniem, którego spodziewamy się po coli. "Cola Ordżinal" tymczasem zamiast spodziewanego syknięcia wydała jakiś rachityczny pisk. Najpierw myślałem, że w ogóle zapadła cisza przerwana tylko skrzypnięciem krzesła - ale to nie krzesło było, tylko odgłos otwieranej butelki.
Spieniło się toto nawet trochę po nalaniu do szklanki, ale "między ustami a brzegiem pucharu" już nie zostało z tej syczącej i pieniącej się radości nic. Trunek zachowywał się, jakby odstał kilka godzin w szklance, w temperaturze pokojowej - w rzeczywistości zaś było to bezpośrednio po zakończeniu kilkudniowego leżakowania w lodówce.

Klarowność i bukiet

Głęboki, wiśniowy odcień oglądanej pod światło cieczy colonaśladowczej nie musi sam w sobie zwiastować niczego niedobrego. Przekonałem się o tym już w poprzednich badaniach. Ale w połączeniu z buchającym ze szklanki aromatem wiśni, żwawo podążających po swej ścieżce życia ku nieuchronnej fermentacji... To już inna bajka...

Smak

Węch nie kłamie, wzrok nie zwodzi. Smak "Coli Ordżinal" jest ciężki, szybko rozpadając się w ustach na dwie nuty, wyraźne jak konstelacje gwiezdne w sierpniowe noce. "Górą" czuć nieco klasycznego smaku lekkiej, rześkiej coli niosącej pijącemu orzeźwienie. Ale "dołem" pochłaniamy nieznośnie słodki i drażniąco ciężki smak owoców. Najbliżej mu do wiśni, co czyni uprawnionymi analogie do tortu węgierskiego: oko cieszy, pyszności zapowiada, ale piorunujące połączenie czekoladowo-wiśniowe uniemożliwa sięgnięcie po więcej niż kawałek, góra dwa.
"Cola Ordżinal" jest tak ciężka, że gdyby była winem, byłaby burgundem. Gdy wlewałem w siebie drugą porcję napitku, jednocześnie czułem lekkie łaskotanie w prawej części brzucha, jakby wątroba wybierała się na wycieczkę, wystraszona doznaniami z pierwszej części degustacji.
"Orzeźwiający smak"? Chyba w snach. Nie wyobrażam sobie żadnej sytuacji, w których spożycie "Coli Ordżinal" mogłoby przynieść orzeźwienie - a to chyba podstawowa rzecz, jakiej oczekujemy biorąc do ręki butelkę z colą.


Wygląda jednak na to, że producent założył, iż także dla klienta tym razem nie orzeźwienie będzie najważniejsze. Do zakupu zachęca bowiem hasło nie odwołujące się do walorów spożywczych, tylko głoszące: "Pod etykietą zarypiaste czesiowe naklejki!".

Czy rynek doceni zarypiastość? Trudno powiedzieć. Mimo nadruku na etykiecie "CENA SÓGEROWANA GOTUFKA 1.99", wczoraj widziałem jak market "Piotr i Paweł" oferuje napój z kosza za 0.75 zł...


A oto "zarypiasta czesiowa naklejka". Wymiar jak w oryginale: 28x28 mm.
Ktoś z Szanownych Czytelników wie może, co artysta tu wyraził?


------------------
Post scriptum:
Niełatwo połapać się, kto jest producentem trunku (oczywiście na licencji kupionej od producentów serialu). Etykieta wskazuje tylko dystrybutora: spółkę MW-GMW z Wadowic. Wchodzi ona w skład grupy
Maspex, podobnie jak znany producent napojów i soków "Tymbark". Czyżby?...

środa, 26 sierpnia 2009

Halo! Tu (znowu) Andrychów!

Dziś zamiast solennej recenzji - parę słów gwoli kronikarskiego obowiązku. Wracamy do problemu, jaki wyłonił nam się już na samym początku oblatywania colo-ersatzów. A problem ten ma na imię "Wosana".

Nie chciałbym wzbudzić w moich Czytelnikach fałszywego poczucia, że wbrew pierwotnemu zamysłowi przegląd wyrobów colonaśladowczych nie zdoła wyjść poza krąg kilku marek i kilku producentów. Spokojnie - różne pobieżne rekonesanse (i pochodzące z nich trofea, dojrzewające w mojej piwniczce) dowodzą, że przed nami jeszcze niemałe pole do badań terenowych.
Ale przyznać i to trzeba, że już kilkakrotnie doznawałem rozczarowania: zwiedziony nową etykietą i nieznaną mi wcześniej nazwą, sięgałem po butelkę, nawet przynosiłem do domu - aż raptem doczytywałem się, że ciecz wewnątrz musi mi być doskonale znana.
Otóż rynek "marek własnych" działających w polsce sieci marketów oplata swoimi mackami dwakroć już tu przywoływana spółka Wosana z Andrychowa.

Przypomnę, że po sztandarowym wyrobie Wosany, czyli "Grecji Coli", omawiałem tu już "Tesco Colę" z tej samej fabryki.
Zestawienie tych dwóch cieczy miało o tyle sens, że w pierwszym przypadku skład na etykiecie zawierał słodzik, a w drugim - cukier. I istotnie badania organoleptyczne wykazały odczuwalną różnicę między tymi dwoma wyrobami.

Jednak nic nie wskazuje na to, by taki sam sens miało omawianie "Halo Coli" pyszniącej się na dolnych półkach sklepów Carrefour. Jej skład wykazuje uderzające, słodzikowo-karmelowe podobieństwo do składu "Grecji Coli". Pozwolę sobie roboczo założyć, że również "Lidl Cola" i "Cola Real" pochodzą z tych samych kurasków, z których w Andrychowie nalewa się ciecze dla Carrefoura (chyba, że nadejdą do mnie uzasadnione wieści, iż sprawy mają się inaczej).
Swoją drogą - Wosana na swej stronie internetowej też jakoś nie wspomina o tym szerokim wachlarzu asortymentu dla dyskontów, dlatego tymczasem recenzować owych trunków nie będę.

Etykiety "Halo Coli" reprodukuję poniżej; wosanowskie cole z Lidla i Reala muszą poczekać aż wedrę się na hale sprzedażowe uzbrojony w komórkę z aparatem.





środa, 19 sierpnia 2009

Niemcy nas biją?!

Takie rzeczy na piastowskiej ziemi, w wypełnionym polskim jadłem markecie? Tu przecież nawet jak mleko nazywa się Vilbona,to i tak zrobili je w Rykach czy innym Zambrowie.Tym razem jednak zachodzi obawa, że pod obcą nazwą naprawdę kryje się wraży napitek.

Jeleniogórski Lidl. Chciałoby się, żeby tak wysunięta placówka była bramą do świata polskiego handlu i polskiego przemysłu spożywczego. Żeby tu przybyłym do nas Niemcom po raz pierwszy oko bielało na widok mnóstwa produktów, opatrzonych polskimi etykietami, z którymi przyjdzie im obcować przez następne dni podróży po naszym kraju.
Tymczasem Wasz recenzent-korespondent odkrył, że w owym dumnym grodzie Bolesława Krzywoustego dokonał się już być może podstępny desant za pomocą naśladownictwa naszej narodowej dumy: colo-podróbki.
Na paletach, na których spodziewałem się znaleźć zgrzewki z rodzimą niby-colą wypatrzyłem "Freeway Colę". Zaskoczyło mnie niepomiernie, że po sąsiedzku piętrzyły się też zgrzewki "Freeway Coli" ze srebrzystymi etykietami wersji Light. A to już prawdziwa rzadkość na naszym rynku. Tym chętniej sięgnąłem po butelkę, by wzbogacić me zbiory. Dopiero w domu, na chwilę przed degustacją, odkryłem iż producent trunku ujawniony na etykiecie nie został. W różnych wersjach językowych powiadamia się tu klientów, że wyrób powstał w EU na zamówienie Lidla (w każdym z języków odsyłając do lokalnych szefostw sieci). Co mamy o tym myśleć?? Na stojącej tuż obok ''Lidl Coli'' jasno podano, że powstał w andrychowskiej Wosanie (prawdziwi mistrzowie kamuflażu...). Więc co z tą "Freeway"??

O ile jednak dalsze badania terenowe nie dowiodą, że mamy do czynienia z zamachem na naszą narodową dumę - roboczo uznajmy Freeway Colę za trunek wart opisania w naszym serwisie.

Aromat
Nienachalny, prosty i nie podsuwający mylnych tropów. Czuć przyzwoitej jakości wodę, nie nadmiernie słodki karmel oraz subtelną nutę kofeinową. Nic nie przytłacza reszty, choc zarazem nic też nie woła gromko do degustatora: "Weź mnie!"

Nasycenie
Powyżej przeciętnej krajowej - miłe psyknięcie pieści uszy osoby spragnionej orzeźwienia podczas pierwszego odkręcania nakrętki. Im dalej jednak - tym słabiej. Piana opada szybciej niż powstaje. Nie grozi nam towarzyski ostracyzm wskutek niekontrolowanych beknięć, ale też nie nacieszymy oczu radosnymi pląsami bąbelków na ściankach wypełnionej szklanki.

Smak
Udane połączenie wyważonej słodyczy i umiarkowanej rześkości. Twórcy receptury roztropnie uniknęli pułapki przesłodzenia - choć w składzie jest cukier a nie jego substytut. Uniknęli też pokusy "przeorzeźwienia" - tego, co inni producenci starają się osiągnąć nieumiarkowanie lejąc aromaty kofeinowe lub kwas fosforowy. Napój ma aksamitny, łagodny posmak. Wchodzi nieinwazyjnie, niepostrzeżenie. Nie prowokuje zgagi nawet w większych ilościach.
Więcej niż przyzwoita oferta, wziąwszy pod uwagę dyskontowy rodowód trunku.



czwartek, 16 lipca 2009

Słowiańska ci ona. Prosto z Radomia

Patrząc na etykietę, która polskie imię ''Zbyszko'' żeni z zamorskim słowem ''cola'' - chciałoby się rzec: ''My tą colą otwieramy oczy niedowiarkom. Patrzcie - mówimy - to nasze, przez nas wykonane i to nie jest nasze ostatnie słowo i nikt nie ma prawa się przyczepić''... Chciałoby się, gdyby nie parę drobiazgów

Wprawdzie w mej piwniczce dojrzewają kolejne, upolowane w dyskontach wynalazki colo-naśladowcze, ale wcześniej zdarzyło mi się otworzyć i zaserwować ''Polo Colę''. Oto powód, dla którego znów zebrało mi się na szczypanie giganta. Potęgi krajowej.
Radomsko-Białobrzeska ''Zbyszko Company'' to (jak w marcu tego roku szacował Handel.Net) czwarty w kraju dostawca napojów gazowanych. Co dziesiąta butelka z bąbelkami sprzedawana Lechitom powstaje w firmie Zbigniewa Bojanowicza, któren po lechicku przezwał się ''Zbyszko'' - stając w rzędzie dumnych Mieszków, Gniewków i Bolków.

Na reklamę wyrobów spod znaku ''Zbyszko Company'' rzeczywiście idą wielkie pieniądze. W ten sposób przeciętnemu Polakowi musiały nie raz i nie dwa obić się o uszy nazwy w rodzaju ''Trzy cytryny'' a ostatnio ''Polo Cola'' (a ściślej - zgodnie z firmową tradycją skromności - ''Zbyszko Polo Cola'').
Czy zawsze są to pieniądze dobrze wydane? Można nabrać wątpliwości, czytając to, co internauci mają przykrego do powiedzenia o gostku z jednej z relamówek. Tym, co chwalił się, jak mu się życie na lepsze ostatnio zmienia. ''Moich starych kumpli zamieniłem na nową wspaniałą dziewczynę!'' - tego porażającego, pantoflarskiego wyznania naprawdę nie sposób zapomnieć.


Klarowność napoju:
Tajemniczy brąz ze złotawą poświatą wodzi na manowce wzrok starający się zobaczyć coś przez wypełnioną napojem szklankę. Ale to tylko gra lipcowego światła - czystość trunku jest bez zarzutu zarówno w postaci schłodzonej, jak i po doprowadzeniu do temperatury pokojowej.


Nasycenie gazem i piana:
Zacne. A nawet większe. Cóż za orgia zdrowych, przaśnych i kompletnie niekontrolowanych beknięć z różnych stron stołu, czeka każdego, kto odkorkuje butelkę i bezzwłocznie odda ją do rozlania przez spragnionych biesiadników! To bodaj pierwsza z testowanych na potrzeby tego bloga coli, która udanie naśladuje prastarą pepsi-sztuczkę: w napełnianej szklance ciecz błyskawicznie sięga brzeżku, człek aż rzuca się, aby upić, a po chwilach paru piana opada i szklanka okazuje się wypełniona w mniej niż połowie. I to pierwsza w tym cyklu polska cola, która pokazała mi swój potencjał do efektownej cofki przez nos. Tak, tak - CO2 wychodzi ustami, uszami, nosem - jak tylko się da. I szczerze mówiąc - ta radosna zabawa okazała się nieco męcząca.

Aromat:
Ulotny i zagadkowy. Jak cień zapachu porannej kawy przyniesiony do biura na palcach, którymi tuż po śniadaniu myliśmy filiżankę. Jak nuta suszącego się ziarna, przeniesiona wiatrem na wczasowisko przez lasy, z odległego elewatora, w sierpniu. Czuć w nim słońce wyprażające okołoradomskie równiny i chłodne wspomnienie cienia pobliskiej Puszczy Kozienickiej.

Smak:
Niespodzianka dla kubków smakowych. Niby znasz ten smak, a coś uwiera. Niby ''całkiem jak prawdziwa'' a jednak inna. Jak spotkanie znajomych ze szkoły dzięki Naszej-Klasie: ci sami, tylko jakby ich więcej w pasie i w biodrach. Otóż to - więcej kalorii. Więcej słodyczy. To jest ten trop!
Ale trunek to zwodniczy, perfidny. Pewność zyskujemy dopiero w trzecim posmaku, a może być, że i później - gdy skończywszy biesiadę zdziwimy się jak bardzo tylna część języka lepi się nam do podniebienia. Polo Cola jest bowiem słodziutka jak poranek wiosną, jak kosz pełen małych kociąt i jak szczęśliwe zakończenie wątku w ''Plebanii''.
Z bardzo wczesnych lat 80. pamiętam przygotowania mojej klasy do zabawy szkolnej. W dyskusji o menu pojawił się postulat, by do picia była ''Pepsi''. Sroga przewodnicząca klasy ucięła spór: będzie oranżada. Dla zmęczonych tańcami "Pepsi" będzie zabójcza, bo to [cytuję] ''ulepek''. Nie była w stanie przewidzieć "Zbyszko Polo Coli''.


*******

Przystępując do oblatywania ''Polo Coli'' miałem początkowo zamiar zastanawiać się także nad powodem, dla którego z listy produktów ''Zbyszko Company'' zniknęła wstydliwie ''Polo Cocta''. Firma - być może niesiona pozytywnym skojarzeniem, jakie marce tej stworzył film ''Kingsajz'' - produkowała nową ''Polo Coctę'' mniej więcej od początku XXI wieku.
Ale aby tej noty nie rozwlec ponad miarę, zostawię sobie rozważania o ''Polo Cokcie'' na inną okazję (może pisząc o ''Polo Coli Caffe'' ? albo o słowackiej ''Kofoli'' ?).
Tu zaznaczę tylko, że mimo bardzo podobnej nazwy obecny sztandarowy wyrób ''Zbyszka'' nie jest kontynuacją tamtej produkcji. ''Polo Cola'' uderza wprost w grupę klientów szukających ''czegoś jak coca-cola, tylko taniej''.

poniedziałek, 6 lipca 2009

Góral rzecze: OK

Jest parę słów, które zawsze brzmią w naszych uszach jeśli nie jak świętość, to przynajmniej jak synonim solidnej tradycji. Pomiędzy nimi jest też z pewnością słowo ''Żywiec''. Przez dekady naznaczone było piętnem nieosiągalnego, eksportowego luksusu (oczywiście w wersji browarnianej), tak, że po latach rynek równie wielkim zaufaniem obdarzył wodę mineralną pod taką samą nazwą. Ale na tym nie koniec - pod żywieckim parasolem swego miejsca szukają też inni.

"OK! Cola" to nabytek, który wypatrzyłem na półce w markecie sieci Carrefour. Nie jest jednak obrandowany nazwą sklepów (choć tzw. "marki własne" zaczynają już przeważać w tych marketach). Prawdopodobnie na napój ten można się natknąć w rozmaitych innych przybytkach Merkurego.



Klarowność napoju:
Miła dla oka przeżroczystość - bez względu na temperaturę serwowania. Nieznaczny odcień głębokiej czerwieni wtapia się przyjemnie w naturalny karmelowy brąz coli.

Nasycenie gazem:
Jak na krajowe standardy - przyzwoite. Wyraźny syk jest zachęcającym wstępem do konsumpcji, w czasie której (i to już w ogóle rzadkość w krajowej produkcji) wyraźnie czuć maleńkie bąbelki gazu pieszczące podniebienie.

Piana:
Podczas napełniania szklanki rośnie szybko, udanie imitując efekt, jaki dają Cole oryginalne (lejesz i lejesz, a gdy piania siądzie widzisz, że nalałeś dopiero 1/3 szklanki). Niestety wrażenie to nie utrzymuje się długo - piana znika w niemal takim samym tempie jak się pojawia.

Smak:
Lekkie przegięcie w stronę posmaku i aromatu owocowego. Nie jest nachalny, ale jednak wyraźnie i silnie sprzężony z mocną słodyczą trunku. Można to jednak wybaczyć technologom z firmy "KENTPOL", bo w zamian uwolnili nas swym produktem od zmory kwasowatości. Chemiczno-gorzkawy posmak (czy to od aspartamu, czy to od konserwantów) nie grzmoci zmysłów degustatora ani w drugiej, ani w żadnej z dalszych fal doznań organoleptycznych.

***

Spyta ktoś - skąd ów góral w tytule niniejszego materiału? Otóż z etykiety badanego napitku. Firma KENTPOL - nazwę obrała chyba dla zmylenia przeciwnika, nie jest bowiem (POL)onijną firmą osiadłą w hrabstwie KENT, lecz zupełnie swojską inicjatywą poczętą w śląskich Kętach. Ale na tej jednej zmyłce nie poprzestano. W połowie ub. dekady firma kupiła nieruchomość w Ślemieniu ("koło Żywca" - jak podaje strona internetowa KENTPOLU, nie wnikając w takie detale, jak 12 km dzielących Żywiec od Ślemienia). Wkrótce nazwa spółki przyjęła obecną formę ("KENTPOL - Żywiecki Kryształ") a jej wyroby zdobi orli profil gazdy z podpisem: "Żywiecki". Takim samym logiem pieczętuje się także "OK! Cola" (mimo, że nie ma nic wspólnego ze źródełkiem wody w Ślemieniu: produkowana jest w samiuśkich Kętach, kolejne 20 km od Żywca).

Może to moszczenie się pod parasolem żywieckich tradycji coś firmie daje - nie wiem. Mi jest zupełnie obojętne. I bez tych wybiegów sprzedają colę zupełnie przyzwoitą - jeśli wziąć średni poziom polskich wyrobów colopodobnych. A wręcz znakomitą, zważywszy iż to raptem 2,39 zł za dwulitrową butelkę PET.

czwartek, 25 czerwca 2009

Konfrontacja z legendą

Nie dysponuję narzędziami do oceny rynkowego zasięgu trunków degustowanych na potrzeby tego bloga. Ale mam podstawy sądzić, że dzisiejszy przedstawiciel polskich coli to prawdziwy gigant. Napitek, który - być może - ma większy wpływ na gust naszych rodaków niż produkty według amerykańskiej receptury. Oto - dostępna w każdej polskiej "Biedronce" - Tęczowa Cola!


Wyjątkowo, w poczuciu, że dane mi będzie obcować z legendą, przed degustacją zrobiłem pobieżne guglanko hasła "Tęczowa cola". Nie omyliłem się: wdzięcznych konsumentów, którzy chcą się dzielić ze światem wspomnieniami o spożyciu, jest mnóstwo.
Dopiero na takim przykładzie człowiek uświadamia sobie, że "Biedronka" naprawdę "jest tak blisko". Niepodobna, by znalazł się ktoś, kto nigdy ale to nigdy nie skorzystał z jej wyjątkowej oferty. Zaś tych, co korzystają regularnie - są całe legiony.
A jak tu się oprzeć, gdy wśród rzędów zgrzewek z wielobarwnymi cieczami, oko spocznie na naklejce obwieszczającej, że oto ugasisz, chłopie, pragnienie za jedyne... 68 groszy/półtora litra cieczy.

Jeszcze jedna cecha wyróżniająca. Wspomniałem obok - we wstępie do bloga - że krajowe naśladownictwa coli zazwyczaj metkuje się na czerwono, by zanadto nie różniły się od CC. W spółce Farpol jednak nikt nie ma kompleksów wobec Atlanty: "Tęczowa Cola" cieszy oko etykietą tak barwną jak karuzela na odpuście.




Klarowność napoju:
Ciecz mętnawa. Bez wyraźnej zawiesiny, ale dość daleka od klarowności. Trochę jak kranówka.
Nasycenie gazem oraz piana:
Tylko pro forma. Coś tam syknęło, do góry wypłynęły ze cztery rachityczne bąbelki CO2, i tyle było akcentów na otwrcie nowej butelki.

Zapach:
Niemal zupełny brak swoistej woni. Niewiele brakuje, by zdusił go zapach plastikowej -dość giętkiej - butelki.
Smak:
Nieprzytłoczony niemal żadnym bukietem, smak "Tęczowej Coli" łatwo pobudza kubeczki smakowe degustatora, z lekkością masując je nieprędko znikającą nutą kwasu. Pierwsze łyki wlewają się w usta z nieprzewidzianą łatwością.
Podążając w głąb przełyku zostawiają po sobie lepkawe wrażenie, że dane nam było posmakować kontaktu z tym, na czym wyrasta wszystko w okolicy, w której powstał nasz trunek. To posmak lekkiego, trudnego w uprawie i piaszczystego gruntu wschodniej Wielkopolski. Zdumiewająco naturalnie połączony z kwasowością tamtejszego powietrza, niewolnego od wpływu pobliskiej kopalni węgla brunatnego. Nienachalna obecność substancji słodzących (aż dwukrotnie wspomnianych na niewielkiej etykiecie wyrobu) byłaby niewarta wzmianki, gdyby nie kronikarski obowiązek.
W trzeciej warstwie wrażeń zmysłowych, odkrywamy z nagła co nas chroni podczas degustacji przed natychmiastowym atakiem zgagi: to ponadprzeciętna wodnistość napoju. Dzięki niej możemy wsłuchiwać się jak żwawo "Tęczowa Cola" spływa z zachęcającym bulgotem w czeluście naszego układu pokarmowego, choć nie możemy uwolnić się od wrażenia, że tył naszego języka z każdym ruchem leciutko przykleja się do podniebienia.
Zadziwiająca sprawa z tym rozwodnieniem, jeśli pamiętać jak mętnawy jest to napitek. Być może bezpodstawnie, ale myśląc o stanie wody w Chrapczewie-Dobrej od razu wyobrażam sobie tę - po sąsiedzku pracującą - kopalnię odkrywkową.




Na którejś ze stron, jakie przejrzałem szukajac głosu Polaków o "Tęczowej Coli", ktoś ujął zagadnienie w sposób idealnie puentujący nasze dzisiejsze doświadczenie:

Zalety Tęczowej Coli:
+ tania
+ niedroga
+ nie kosztuje dużo
+ i to by było na tyle

środa, 10 czerwca 2009

Druga twarz Andrychowa

Inna sieć handlowa, inna marka i inna etykieta. A w tle znów ten sam producent - Wosana S.A. Drodzy Czytelnicy: oto "Cola" dedykowana sieci Tesco.

"Serve ice cold" doradzają twórcy napitku już od frontu etykiety. Posłuchałem, ale nie do końca - w części pozwoliłem zakupowi osiągnąć temperaturę pokojową. I różnicę w smaku rzeczywiście czuć. Najpierw jednak odpowiedź na nasuwające się pytanie: czy w ogóle warto było degustować Colę Tesco, skoro poznaliśmy już wyroby Wosany S.A. pod postacią wcześniej prezentowanej Grecji Coli? Otóż nie wystawiałbym swego układu pokarmowego na nowe doświadczenia, gdyby etykiety obu cieczy miały tę samą treść. Ale - niespodzianka - nie mają! I tę różnicę także da się wyczuć w smaku. Oto jak przebiegała degustacja:




Klarowność napoju:

Płyn sprawia wrażenie zagęszczonego - przez wypełnioną nim szklankę przedostaje się minimalnie mniej światła niż przez szklankę klasycznej coca-coli lub pepsi. W dodatku światło to ma lekki odcień ciemnej czerwieni.

Nasycenie gazem:
Bardzo nieznaczne. Syk po odkręceniu nakrętki cichy i rachityczny.

Piana:
Mało i szybko opada. Sprawia nieładne wrażenie jakby powstała nie wskutek nagazowania napoju, a przez początek jego psucia się.

Zapach:
Nienachalny; odrobina trudno wyczuwalnej nuty karmelowej i to wszystko.

Smak:
Udało się nie przesadzić z żadnym z kluczowych składników i ta cola jest smakowo dużo bliższa swoim amerykańskich starszych sióstr, niż pochodząca z tej samej fabryki Grecja Cola. Oto jakie zbawienne skutki ma użycie poczciwego cukru, zamiast pochopnych eksperymentów ze słodzikami. Co za ironia losu, że tę colę - niewątpliwie smaczniejszą - Wosana sprzedaje pod marką hipermarketu, a wyrób mniej udany - pod marką własną. Uczciwie jednak zaznaczmy, że opisywany teraz napój ideałem jednak nie jest. Spożywany w temperaturze pokojowej ujawnia odczuwalną, obcą nutę smakową - coś jakby owocowego lub waniliowego. Daje się ją znieść, bo przypomina to nieco "Dra Peppera". Jest to jednak wrażenie złudne - w składzie nie ma żadnych innych aromatów poza karmelem. Paradoksalnie wszystko wychodzi na jaw podczas skosztowania Coli Tesco w wersji "ice cold" - nie ma już nuty waniliowej, a po prostu posmak chemiczny, kojarzący się z płynem do naczyń. To tylko konserwujący całość benzoesan sodu daje się "przykryć" sporą dawką cukru. Zaś w mocno schłodzonym napoju cukier nie jest pierwszym odczuwalnym w ustach smakiem i konserwanty wyłażą "na wierzch".

czwartek, 4 czerwca 2009

Co ma piernik do wiatraka...

...czyli cola do Grecji? Odpowiedź znają w Andrychowie.

Grecja Cola to napój gazowany pochodzący z andrychowskiej spółki Wosana S.A. Dostępny w rozmaitych sieciach handlowych. Mój egzemplarz nabyłem w markecie Billa.
''Grecja'' jest wspólną nazwą całej serii napojów produkowanych przez Wosanę. Strona firmowa przekonuje, że to linia napojów owocowych (tu można się na ''Grecję'' zgodzić), by kilka linijek niżej wyliczać wśród jej smaków m.in. colę i tonik.



Klarowność napoju:
w wysokim stopniu przypomina colę markową

Nasycenie gazem:
umiarkowane, poniżej przeciętnej produktów Coca-Cola czy PepsiCo

Piana:
wątła, szybko opadająca, nie ma szansy osiągnąć poziomu spienienia markowej coli lanej z nowej butelki

Ogólne wrażenia zapachowe:
chemiczna nuta w bukiecie; lekka, ale irytująco trwała

Ogólne wrażenia smakowe:
napój zaskakująco nie kwaśny, ale z pewnym posmakiem zasadowym; sztuczna słodycz nie zwalcza go - wręcz potęguje swoją własną gorzkawą nutą.


miejsce na reklamę

© Polska Cola All rights reserved | Theme Designed by Seo Blogger Templates